Maciej Mikołajczyk: Jak rozpoczęła się twoja przygoda z triathlonem?
Mikołaj Luft: Treningi rozpocząłem nieco z przypadku. W 1998 roku po szóstej klasie podstawówki zmieniłem szkołę na SSP nr 1 w Warszawie. Okazało się, że jest tam klub triathlonowy, a ja radzę sobie w wodzie. Trener Zbyszek Zawadzak zaprosił mnie na pierwsze treningi, potem pojechałem na obóz do Spały i tak „wkręciłem się” w tę dyscyplinę. Treningi traktować poważniej i walczyć o wygrane w swojej kategorii wiekowej zacząłem dopiero po 3-4 latach. Mając 18 lat trafiłem pod skrzydła Andrzeja Szołowskiego z Akweduktu Kielce i uczestniczyłem w szkoleniu kadry polskich juniorów w triathlonie. Wszystko to były wyścigi na dystansach sprinterskich, a „olimpijka” była dla mnie dużym wyzwaniem.
Pływanie, bieganie, czy kolarstwo – w czym czujesz się najlepiej, a co jest twoją słabszą stroną?
– Kolarstwo to z pewnością moja koronna dyscyplina, w której jestem najbliżej światowej czołówki. Najwięcej rezerw mam w biegu, jednak na dystansie Ironman trzeba bardzo dobrze jeździć, aby być w stanie zaprezentować wysoki poziom w biegu. Z trenerem Piotrem Sauerlandem pracujemy mocno nad obydwiema tymi dyscyplinami jednocześnie. Pływanie traktuję po macoszemu, a 2-3 mocne jednostki w tygodniu po 3-4 kilometry wystarczają mi na utrzymanie mojego poziomu.
Międzynarodowy Komitet Olimpijski postanowił, że podczas najbliższych igrzysk w Tokio odbędą się zawody sztafet mieszanych w triathlonie. Jak odbierasz tę decyzję? Co sądzisz o takiej konkurencji?
– Wyścig sztafet na igrzyskach olimpijskich to dyscyplina, na którą wielu z nas czekało. Dziwi mnie, że odbędą się one po raz pierwszy dopiero w Tokio, bo w triathlonie był do tej pory do rozdania tylko jeden komplet medali dla kobiet i mężczyzn. W przypadku sztafet rośnie szansa na udział w igrzyskach dla zawodników, którzy nie awansowaliby indywidualnie, a przy okazji jest to bardzo widowiskowa konkurencja.
Pływanie 7,6 km – 1:47:30, Rower 360 km – 10:33:45, Bieg 84,4 km – 7:23:28. To wyniki Roberta Karasia, który ustanowił nieoficjalny rekord świata w podwójnym ironmanie. Robią na Tobie wrażenie?
– Robert dokonał szczególnego wyczynu. Większość triathlonistów byłaby zadowolona z takiego tempa na pojedynczym Ironmanie. Dla mnie osobiście takie dystanse są trudne do wyobrażenia, a samo wysiedzenie tylu godzin na siodle byłoby męczarnią psychofizyczną. Wiem jednak, że braciom Karaś nie brak samozaparcia oraz determinacji i znaleźli w ekstremalnie długich wyścigach swoją niszę.
Za Tobą mistrzostwa Europy w Elsinore. Byłeś blisko najlepszej „dziesiątki”. Jak oceniasz swój występ w tych zawodach?
– Przed Elsinore byłem na obozie w Szklarskiej Porębie, gdzie zwykle szykuję się na najważniejsze imprezy. Niestety przygotowania zaburzyła mi na początku kilkudniowa infekcja zatok, a później skręcenie stawu skokowego w trakcie niewinnego rozbiegania z naszym rodakiem Yaredem Shegumo. Po tym drobnym wypadku musiałem na cztery dni zrezygnować z biegu i na dłuższy czas ograniczyć pływanie do wód otwartych, bo najbardziej problematyczne okazały się nawroty na basenie. Mimo to obóz zakończyłem startem w Keszthely na Węgrzech, na który dostałem specjalne zaproszenie, więc nie chciałem zawieść tamtejszych organizatorów. Niestety usztywniony staw skokowy jeszcze mocno przeszkadzał w pływaniu, ale osiem dni później w Elsinore po urazie nie było już śladu. Rzadko startuję dwukrotnie na dystansie 1/2 Ironmana w tak krótkim czasie, więc cieszę się, że regeneracja pomiędzy startami poszła dobrze. Wiem, że wynik na obydwu zawodach mógł być jednak nieco lepszy, gdyby udało się uniknąć wcześniejszych problemów. Z optymizmem patrzę na kolejne występy, bo wiem, że była rezerwa tkwiąca w przygotowaniach.
We wrześniu 2016 roku podczas urlopu wziąłeś udział w Charlotta ZOO Triatlon i wygrałeś. To był twój najbardziej spontaniczny występ w karierze?
– Start w Dolinie Charlotty wymyśliłem sobie dwa dni wcześniej w trakcie pobytu w Juracie. Miło wspominam tę kameralną imprezę i planuję wreszcie wybrać się do Doliny Charlotty z rodziną na dłużej.
Ogłoszony niedawno przez Polski Związek Triathlonu system obowiązkowych licencji, który obowiązywać będzie od 2018 roku, wzbudził bardzo duże zainteresowanie w środowisku triathlonowym. Jakie masz zdanie na ten temat?
– Obowiązkowe licencje to dobry sposób na dotarcie do szerokiej rzeszy zawodników i uświadomienie im wagi PZTri. Jak każdy związek sportowy nie jest to instytucja idealna, ale bez niej nie ma sportu kwalifikowanego i tego, co przysłowiowego Jana Kowalskiego interesuje, czyli startu na igrzyskach olimpijskich i sukcesów na mistrzostwach świata, czy Europy. Wprowadzenie licencji może pomóc również w określeniu potencjału triathlonu, jak i możliwości marketingowych oraz sponsorskich. Obecnie w zarządzie PZTri zasiadają osoby dobrze znane ze świata biznesu, co mam nadzieję, przełoży się na lepsze zarządzanie i pozyskanie innych funduszy, niż tylko ministerialne. Liczę na to, że przy okazji obowiązkowych licencji poprawiony zostanie dostęp do ubezpieczeń, czy świadczeń zdrowotnych, a same badania zawodników będą niejako wymuszone przez system. Badania zdolności do uprawiania sportu w sposób zawodniczy to w ogóle bardzo ważny temat, który obecnie jest załatwiany jednym podpisem pod deklaracją, że zawodnik startuje na własną odpowiedzialność. Ja osobiście jako syn i wnuk lekarzy zawsze miałem dobrą opiekę i wielokrotnie przechodziłem echo serca, próby wysiłkowe, a nawet stymulację przezprzełykową serca. Moim podopiecznym zalecam również te badania przed podjęciem współpracy, jednak nie każdy ma przy sobie dobrych doradców. Wada serca może być dobrze ukryta i nieleczona lub ignorowana może doprowadzić do tragedii.
Jak oceniasz obecną kondycję polskiego triathlonu?
– Polski triathlon ma się coraz lepiej, a zwłaszcza jego tak zwana „amatorska” część, czyli długie dystanse z jazdą bez draftingu. Powoli też ilość zaczyna przechodzić w jakość i zawodnicy PRO mocno w tym roku przyspieszyli, zwłaszcza na rowerze. Jeszcze niedawno wystarczyło pojechać ze średnią 41km/h na 90-ciu kilometrach i miało się wygraną w kieszeni, a w tym sezonie zwyciężają mocni biegacze, którzy dobrze pojechali na rowerze. Coraz ciaśniej jest też na mecie. Nadal jednak dużo brakuje nam do światowej czołówki, która ucieka. Jeżeli chodzi o sport kwalifikowany (olimpijski), który mniej śledzę, to mam wrażenie, że nastąpił odpływ sportowców w kierunku zawodów bez draftingu, bo tam jest po prostu więcej pieniędzy. Pomimo ciężkiej pracy kliku zawodników z czołówki, takich jak Kuster, Sowiński, Oliwa, czy Damentka, światowy triathlon szybciej ucieka, niż my gonimy, czyli utrzymuje się status quo. Dlatego na prawdziwe efekty naszej triathlonowej rewolucji przyjdzie nam poczekać jeszcze parę lat, gdy poszerzy się zaplecze klubowe i zawodnicze.
Jak wyglądają twoje codzienne posiłki? Jak ważna jest w triathlonie odpowiednia dieta?
– Ja jem wszystko, zwłaszcza, kiedy dużo trenuję. Oczywiście ograniczam tłuste mięso i mocno przetworzone wędliny, a w związku z alergią żony czytam składy produktów i odrzucam te z konserwantami i aromatami. Żelazny punkt to u mnie jajka w różnej postaci na śniadanie zagryzione ciemnym lub ryżowym pieczywem. W ciągu dnia jem często i po trochu, a wieczorem przygotowuję obfitą kolację. Jeżeli jestem po ciężkim treningu, to jest to makaron lub danie na bazie ziemniaków lub ryżu z dodatkiem chudego mięsa albo sera pleśniowego. Obowiązkowa jest również duża miska sałatki ze świeżych warzyw z dodatkiem nasion i tuńczyka lub fety. Często piję do kolacji lampkę czerwonego wina lub jedno słabe piwo, co bardzo poprawia trawienie i nastrój. Dieta triathlonisty moim zdaniem powinna być bogata w składniki odżywcze, więc w miarę możliwości jem nisko przetworzone produkty i dużo orzechów, nasion i owoców. Najlepiej się czuję, gdy zjem tyle, że zaraz po jedzeniu mógłbym ruszyć na trening. Niestety moje wrodzone łakomstwo nie pomaga mi w ograniczaniu kalorii i często posiłek przeradza się w biesiadę.
W 2016 roku w Sierakowie w imponującym stylu na dystansie 1/2 Ironmana zdobyłeś tytuł Mistrza Polski. To uznajesz za swój największy sukces?
– Można powiedzieć, że po mistrzostwach w 2015 roku jakby „obraziłem” się na Sieraków. Na krętej i pagórkowatej leśnej trasie doznałem kontuzji i naderwałem mięsień czworogłowy, a na dodatek ukończyłem zawody jako czwarty. Mimo to zdecydowałem się na start rok później zgodnie z ideą, że nieobecni są przegranymi. Przebieg zawodów bardzo mnie zaskoczył, bo udało mi się odjechać na rowerze na cztery minuty i utrzymać na biegu przewagę nad takimi zawodnikami, jak Kacper Adam, Robert Karaś, czy Maciej Grembski. Wiedziałem, że wszyscy ciężko trenowali, gdy ja starałem się pogodzić treningi z obowiązkami domowymi. Tak na prawdę to dzięki mojej żonie Izie dałem radę sięgnąć po mistrzostwo Polski, które tyle razy wyślizgiwało mi się z rąk. To ona wstawała wtedy do dzieci w nocy i to ona teraz zostaje z nimi sama w domu, gdy muszę sam pojechać na obóz lub zawody. I mam nadzieję, że to nie ostatni i nie największy sukces sportowy, który pomoże mi osiągnąć.
Dziękuje za rozmowę.
Maciej Mikołajczyk,
Polski Związek Triathlonu


